Polska należy do krajów basenu Morza Bałtyckiego o najniższym poziomie skanalizowania. Z raportu przygotowanego przez fundację Race for the Baltic oraz Agencję Wspierania Ochrony Środowiska wynika, że w kraju funkcjonuje ok. 2,5 mln szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków. Zdecydowana większość nieczystości z tych instalacji nie trafia do oczyszczalni, lecz przedostaje się do środowiska, zanieczyszczając glebę, wody gruntowe, rzeki, a ostatecznie również Morze Bałtyckie.
Autorzy raportu szacują, że każdego roku do środowiska może trafiać ok. 200 mln m³ nieoczyszczonych ścieków. To objętość odpowiadająca blisko jednej trzeciej największego jeziora w Polsce – Śniardw. Jak podkreśla Marcin Kotlarek, prezes fundacji Race for the Baltic, Bałtyk jest wyjątkowo wrażliwym akwenem, ponieważ wymiana jego wód trwa ok. 30 lat. – To, co do niego trafia, pozostaje tam przez dekady i bardzo trudno podlega procesowi regeneracji. W związku z tym to, co możemy zrobić tu i teraz, co jest w naszej mocy, to przede wszystkim zredukowanie zanieczyszczeń, które spływają z lądu. To jest praca u źródeł, jak np. zapewnienie dobrych praktyk przeładunku w portach, zabezpieczenie odpadów przy produkcji nawozów, dobra praktyka nawożenia w rolnictwie, a także gospodarka ściekowa – wskazuje ekspert.
Według raportu ścieki odpowiadają za ok. 35% ładunku fosforu trafiającego każdego roku do Morza Bałtyckiego. Tymczasem nadmiar tego pierwiastka przyczynia się do eutrofizacji wód, powodując zakwity glonów i sinic oraz powstawanie stref o ograniczonej zawartości tlenu, co prowadzi do degradacji ekosystemów wodnych.
Autorzy publikacji zwracają uwagę, że Polska wypada najsłabiej spośród państw nadbałtyckich pod względem spełniania wymogów unijnej dyrektywy ściekowej. Poziom zgodności z jej zapisami wynosi w Polsce od 70 do 77%, podczas gdy w pozostałych krajach regionu osiąga od 96 do 100%. – W Polsce 1/4 ludzi nie ma podłączenia do sieci kanalizacji. To 10 mln osób mieszkających w domach, w których jest albo szambo, albo przydomowa oczyszczalnia ścieków. W Polsce mamy ponad 2,1 mln szamb zarejestrowanych, ponad 200 tys. niezarejestrowanych, będących w szarej strefie, i dodatkowo 500 tys. przydomowych oczyszczalni ścieków. Poziom 72% przyłączenia do sieci kanalizacyjnej nie jest zły w sam w sobie. Nie zawsze jest sens ekonomiczny, żeby podłączać każdą wieś, każde domostwo do kanalizacji. Problemem jest to, w jaki sposób ludzie obchodzą się z szambami i przydomowymi oczyszczalniami ścieków – przekonuje Marcin Kotlarek.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2024 r. odebrano zaledwie 45 mln m³ nieczystości ciekłych, podczas gdy według szacunków powinno ich być ponad 250–300 mln m³. Oznacza to, że nawet 80–90% ścieków z indywidualnych systemów nie trafia do oczyszczalni. Przykładowo w woj. podkarpackim do środowiska może trafiać ponad 95% ścieków z indywidualnych instalacji – oznacza to ok. 13,7 mln m³ nieczystości rocznie. Nieszczelne szamba oraz nielegalne zrzuty ścieków do gruntu i rowów melioracyjnych prowadzą do skażenia gleby oraz wód wykorzystywanych jako źródło wody pitnej. – To ma wpływ na zdrowie publiczne. Ostatnio przypominam sobie Olecko, gdzie przez kilka dni nie było dostępu do wody, bo nastąpiło zatrucie bakteriami coli w lokalnych wodociągach. Dodatkowo ludzie też cierpią lokalnie, bo cieknące szamba zatruwają wodę w studniach, skąd na terenach wiejskich często jest pobierana woda – zwraca uwagę Marcin Kotlarek.
Przyczyną sytuacji jest przede wszystkim zły stan techniczny wielu szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków oraz ich niewłaściwa eksploatacja. Część instalacji została wykonana wiele lat temu lub nie spełnia odpowiednich standardów technicznych. Dodatkowym problemem jest zbyt rzadkie opróżnianie zbiorników i niewystarczający nadzór ze strony samorządów. – Po pierwsze, gminy bardzo często nie mają określonych jednolitych standardów. W niektórych wytyczne określają wywóz szamba wtedy, kiedy się przepełni, a w innych raz na kwartał. Są to często bardzo płynne, nomen omen, standardy. Po drugie, aż 2/3 gmin nie ma systemów informatycznych, które pozwalałyby im monitorować to, jak często poszczególne gospodarstwa domowe wywożą ścieki do oczyszczalni. To jest bardzo proste do zmierzenia, monitorowania i raportowania. Gminy powinny tworzyć precyzyjne, dobre regulaminy, monitorować, nadzorować to, jak często gospodarstwa domowe wywożą ścieki, i dbać o przyłączenie do kanalizacji tam, gdzie jest wyznaczona aglomeracja. To są obowiązki gmin, które dzisiaj często nie są spełniane – podkreśla Marcin Kotlarek.
Raport wskazuje również na niewystarczającą skalę kontroli prowadzonych przez wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska. Jak podają autorzy, każdego roku kontrolowanych jest jedynie ok. 20% gmin.
fot. pixabay.com
oprac. /kp/










